W drugim trymestrze ciąży rozegrała się nasza mała wielka tragedia, która na koniec okazała się cudem. Na samym początku w 12tc na usg genetycznym usłyszeliśmy wyrok na drugą dzidzię. Na początku pani doktor oglądała nasze dzieci, wszystko opisała, pomierzyła, wyglądało, że wszystko jest w porządku i nagle okazało się, że zmierzyła dwa razy to samo dziecko... Chwilę potem zamilkła, coś zaczęła oglądać, mierzyć, cmokać... Trwało to z 15 minut, aż usłyszeliśmy, że jest problem z drugą dzidzią, że ma skrajnie mało wód płodowych, przez co bardzo trudno ją ocenić i że to może być związane z jakąś wadą. Siedzieliśmy odrętwiali, zadawaliśmy zdawkowe pytania, dostaliśmy skierowanie do Roszkowskiego i wyszliśmy. Dojechaliśmy w milczeniu do domu i wtedy ja popłynęłam. Rozpłakałam się pod sklepem, bo coś jeszcze mieliśmy kupić. Mąż mnie przytulał, ale sam też widać było, że jest w mocnym szoku. Nikt nie spodziewa się, że jego dziecko może być chore, albo może odejść, a taki był jeden ze scenariuszy. Następne dni były jak zły sen - konsultacja z moją panią doktor, pytania jakie mogą być scenariusze, szykowanie się na wizytę u Roszkowskiego, która miała nam dać odpowiedź "co dalej".. Wizyta u Roszkowskiego - najpierw kilka godzin czekania i diagnoza, że jest źle, ale nic nie możemy zrobić. Zrobiłby amniopunkcję obu dzieci, ale drugie prawdopodobnie nie dotrwa do terminu (15tc). Zaczął się etap, kiedy takie wiadomości przyjmowałam z odrętwieniem, zupełnie jakby to nie mnie dotyczyło... Scenariusze były różne - że druga dzidzia obumrze (najbardziej prawdopodobne), dobrze żeby stało się to wcześniej, bo wtedy mniej zagrozi pierwszej, inna opcja to że urodzi się z jakąś wadą genetyczną, bez nerek, bez pęcherza, z niedziałającymi płucami, że nie przetrwa długo po porodzie... Z takim ogromem złych scenariuszy można sobie poradzić tylko odsuwając je od siebie, albo akceptując, że będzie co ma być. Ale to strasznie trudno zaakceptować.
14tc trafiłam do szpitala w Tomaszowie Maz. podczas zgrupowania w Spale (mój ostatni wyjazd poza Warszawę w czasie ciąży), bo popłynęły mi wody. Strach, usg i pierwsza diagnoza - drugiej dzidzi nie bije serduszko. Moje też na chwilę przestało bić. Lekarz oglądał, cmokał i nagle - a nie jednak bije, tylko ciężko ją zbadać, bo nie ma zupełnie już wód. To dla dziecka jak wyrok śmierci. Leżałam w tym szpitalu 3 dni, codziennie dzwoniła moja pani dr, wspierała mnie, wypytywała o wyniki badań. Szpital jak ze szpitala na peryferiach - musisz mieć wszystko swoje, nawet sztućce (co nie jest łatwe jak nie jesteś stamtąd, na szczęście przyjaciółka "pożyczyła" mi sztućce z OPO w Spale), papier, 1 łazienka na cały oddział, brak słuchawki od prysznica, po obiad musisz sama podejść nawet jeśli masz nakaz leżenia, MASAKRA.
Powrót do domu i leżenie do czasu amniopunkcji.
15tc amniopunkcja - ale nie udało się pobrać płynu chorej dzidzi, bo jest za dużą i groziłoby to przerwaniem przegrody. Można tylko czekać i robić kolejne usg. Bezwodzie, bezwodzie, bezwodzie - ta diagnoza jest na każdym kolejnym usg.
20tc - mała ciążowa fanaberia z okazji moich urodzin - robimy sobie usg 3d z nagraniem, bo niby jestem pod ciągłą opieką R i mam super dokładne usg, ale nic nawet nie widzę. Duża dzidzia okazuje się dziewczynką - Patka, mała nie wiadomo. Podczas badania Patka co chwila kopie drugą dzidzię, tamta reaguje (potem się okazało, że w ten sposób cały czas ją stymulowała i może dzięki temu dobrze się rozwijała). Druga dzidzia nie ma wód, ale rusza się, wszystkie narządy w porządku.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz