Wszystko zaczęło się o 5 rano. Obudził mnie masakryczny ból brzucha, taki, że nie byłam w stanie odwrócić się na łóżku, żeby wezwać pielęgniarkę. Obudziłam koleżankę z sąsiedniego łóżka, ona zawołała pielęgniarkę, zrobiło się zamieszanie, badali, sprawdzali tętno. Przyszła lekarka z wiadomością, że wysyłają mnie na porodówkę, żeby móc w trybie ciągłym monitorować stan mój i dziewczyn. Na porodówce leżałam podpięta pod ktg, na szczęście dziewczyny szalały, tętna w normie. Przyszła przemiła lekarka neonatolog, żebym podpisała papiery dotyczące szczepień, zaznaczając, że nie życzy mi porodu na jej dyżurze, tylko za przynajmniej 8 tygodni. Dostałam sterydy na płucka (potrzebują 12h, żeby zacząć działać, więc leżymy i czekamy). W tym czasie tata Pchełek był na sesji zdjęciowej w Kazimierzu Dolnym, obiecał przyjechać do mnie jak tylko wróci. Dzwonię do rodziców, mama mówi, że przyjedzie jak tylko skończą śniadanie. Jest godzina 9. Nagle zaczynam mocniej krwawić, co chwilę zagląda do mnie lekarz. W pewnym momencie przychodzi dr Kaczyński, ogląda mnie i wysyła mnie NATYCHMIAST na stół. Zaczynam panikować, mówię, że dziewczyny jeszcze nie są gotowe, że dopiero dostały sterydy.. On bierze mnie za rękę i mówi, że teraz przede wszystkim musi ratować moje życie. Dzwonię do Taty Pchełek, mówię, że mnie zabierają na salę, w tym samym czasie położna mi w biegu podłącza kroplówkę, puszcza przepływ na cały regulator, drugą ręką mnie przekłada na fotel i BIEGIEM jedziemy na salę do cc. W przejściu mijamy się z moją mamą, rzucam jej telefon i obrączki. Dojeżdżamy na salę, przy wejściu widzę jeden inkubator - spanikowana mówię, że przecież są dwie, że to bliźniaki. Lekarz mnie uspokaja, anestezjolog wkuwa się w kręgosłup zagadując jednocześnie odnośnie biletów na mecz Legii (dowiadują się od położnej, że tam pracuję). Kładą mnie na łóżku i zaczynają miziać tym żółtym płynem po brzuchu. Zaraz, przecież ja czuję, że jest zimny, a nie powinnam odczuwać temperatury. Mówię to anestezjologowi, on krzyczy do lekarzy, żeby jeszcze chwilę zaczekali, bo jeszcze znieczulenie nie działa. Dr Kaczyński mówi, że on już nie może czekać, w tym momencie odpływam. Z sali mam jeszcze 2 przebłyski - po lewej na stole widzę 2 pary czerwonych maleńkich nóżek, słyszę krzyk, potem ta przemiła lekarka, która mi mówi o wadze i wzroście dziewczynek.
Budzę się na sali pooperacyjnej, obok mnie moja mama. Pytam się czy żyją. Żyją... Patka 1380g, 41 cm, 10 punktów, Amelka 1290g, 39 cm, 5 punktów. Ale żyją, są w inkubatorach. Wysyłam mamę na oiom, tam robi im pierwsze zdjęcia komórką. Dzwonię do Taty Pchełek, żeby po powrocie najpierw poszedł do nich, potem do mnie.
Przychodzi do mnie lekarz, mówi że przyczyną porodu było odklejenie łożyska Amelki, że straciłam dużo krwi, że jeszcze chwila i Amelka by nie żyła, więc to był ostatni moment. Powoli dociera do mnie co się wydarzyło i jak dużo wydarzyło się w tak krótkim czasie. Po analizie wyszło nam, że:
7.30 trafiłam na porodówkę
~8.30 dostałam sterydy
9.30 - zapadła decyzja o cc (natychmiast dzwoniłam do taty Pchełek, więc mam to na bilingu)
9.35 - urodziła się Patka
9.36 - urodziła się Amelka.
5 minut od decyzji dziewczynki były już na świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz