czwartek, 12 lipca 2012

Poród

Wszystko zaczęło się o 5 rano. Obudził mnie masakryczny ból brzucha, taki, że nie byłam w stanie odwrócić się na łóżku, żeby wezwać pielęgniarkę. Obudziłam koleżankę z sąsiedniego łóżka, ona zawołała pielęgniarkę, zrobiło się zamieszanie, badali, sprawdzali tętno. Przyszła lekarka z wiadomością, że wysyłają mnie na porodówkę, żeby móc w trybie ciągłym monitorować stan mój i dziewczyn. Na porodówce leżałam podpięta pod ktg, na szczęście dziewczyny szalały, tętna w normie. Przyszła przemiła lekarka neonatolog, żebym podpisała papiery dotyczące szczepień, zaznaczając, że nie życzy mi porodu na jej dyżurze, tylko za przynajmniej 8 tygodni. Dostałam sterydy na płucka (potrzebują 12h, żeby zacząć działać, więc leżymy i czekamy). W tym czasie tata Pchełek był na sesji zdjęciowej w Kazimierzu Dolnym, obiecał przyjechać do mnie jak tylko wróci. Dzwonię do rodziców, mama mówi, że przyjedzie jak tylko skończą śniadanie. Jest godzina 9. Nagle zaczynam mocniej krwawić, co chwilę zagląda do mnie lekarz. W pewnym momencie przychodzi dr Kaczyński, ogląda mnie i wysyła mnie NATYCHMIAST na stół. Zaczynam panikować, mówię, że dziewczyny jeszcze nie są gotowe, że dopiero dostały sterydy.. On bierze mnie za rękę i mówi, że teraz przede wszystkim musi ratować moje życie. Dzwonię do Taty Pchełek, mówię, że mnie zabierają na salę, w tym samym czasie położna mi w biegu podłącza kroplówkę, puszcza przepływ na cały regulator, drugą ręką mnie przekłada na fotel i BIEGIEM jedziemy na salę do cc. W przejściu mijamy się z moją mamą, rzucam jej telefon i obrączki. Dojeżdżamy na salę, przy wejściu widzę jeden inkubator - spanikowana mówię, że przecież są dwie, że to bliźniaki. Lekarz mnie uspokaja, anestezjolog wkuwa się w kręgosłup zagadując jednocześnie odnośnie biletów na mecz Legii (dowiadują się od położnej, że tam pracuję). Kładą mnie na łóżku i zaczynają miziać tym żółtym płynem po brzuchu. Zaraz, przecież ja czuję, że jest zimny, a nie powinnam odczuwać temperatury. Mówię to anestezjologowi, on krzyczy do lekarzy, żeby jeszcze chwilę zaczekali, bo jeszcze znieczulenie nie działa. Dr Kaczyński mówi, że on już nie może czekać, w tym momencie odpływam. Z sali mam jeszcze 2 przebłyski - po lewej na stole widzę 2 pary czerwonych maleńkich nóżek, słyszę krzyk, potem ta przemiła lekarka, która mi mówi o wadze i wzroście dziewczynek.
Budzę się na sali pooperacyjnej, obok mnie moja mama. Pytam się czy żyją. Żyją... Patka 1380g, 41 cm, 10 punktów, Amelka 1290g, 39 cm, 5 punktów. Ale żyją, są w inkubatorach. Wysyłam mamę na oiom, tam robi im pierwsze zdjęcia komórką. Dzwonię do Taty Pchełek, żeby po powrocie najpierw poszedł do nich, potem do mnie.
Przychodzi do mnie lekarz, mówi że przyczyną porodu było odklejenie łożyska Amelki, że straciłam dużo krwi, że jeszcze chwila i Amelka by nie żyła, więc to był ostatni moment. Powoli dociera do mnie co się wydarzyło i jak dużo wydarzyło się w tak krótkim czasie. Po analizie wyszło nam, że:
7.30 trafiłam na porodówkę
~8.30 dostałam sterydy
9.30 - zapadła decyzja o cc (natychmiast dzwoniłam do taty Pchełek, więc mam to na bilingu)
9.35 - urodziła się Patka
9.36 - urodziła się Amelka.
5 minut od decyzji dziewczynki były już na świecie.

środa, 11 lipca 2012

Ciążowe perypetie - złe wiadomości

W drugim trymestrze ciąży rozegrała się nasza mała wielka tragedia, która na koniec okazała się cudem. Na samym początku w 12tc na usg genetycznym usłyszeliśmy wyrok na drugą dzidzię. Na początku pani doktor oglądała nasze dzieci, wszystko opisała, pomierzyła, wyglądało, że wszystko jest w porządku i nagle okazało się, że zmierzyła dwa razy to samo dziecko... Chwilę potem zamilkła, coś zaczęła oglądać, mierzyć, cmokać... Trwało to z 15 minut, aż usłyszeliśmy, że jest problem z drugą dzidzią, że ma skrajnie mało wód płodowych, przez co bardzo trudno ją ocenić i że to może być związane z jakąś wadą. Siedzieliśmy odrętwiali, zadawaliśmy zdawkowe pytania, dostaliśmy skierowanie do Roszkowskiego i wyszliśmy. Dojechaliśmy w milczeniu do domu i wtedy ja popłynęłam. Rozpłakałam się pod sklepem, bo coś jeszcze mieliśmy kupić. Mąż mnie przytulał, ale sam też widać było, że jest w mocnym szoku. Nikt nie spodziewa się, że jego dziecko może być chore, albo może odejść, a taki był jeden ze scenariuszy. Następne dni były jak zły sen - konsultacja z moją panią doktor, pytania jakie mogą być scenariusze, szykowanie się na wizytę u Roszkowskiego, która miała nam dać odpowiedź "co dalej".. Wizyta u Roszkowskiego - najpierw kilka godzin czekania i diagnoza, że jest źle, ale nic nie możemy zrobić. Zrobiłby amniopunkcję obu dzieci, ale drugie prawdopodobnie nie dotrwa do terminu (15tc). Zaczął się etap, kiedy takie wiadomości przyjmowałam z odrętwieniem, zupełnie jakby to nie mnie dotyczyło... Scenariusze były różne  - że druga dzidzia obumrze (najbardziej prawdopodobne), dobrze żeby stało się to wcześniej, bo wtedy mniej zagrozi pierwszej, inna opcja to że urodzi się z jakąś wadą genetyczną, bez nerek, bez pęcherza, z niedziałającymi płucami, że nie przetrwa długo po porodzie... Z takim ogromem złych scenariuszy można sobie poradzić tylko odsuwając je od siebie, albo akceptując, że będzie co ma być. Ale to strasznie trudno zaakceptować.
14tc trafiłam do szpitala w Tomaszowie Maz. podczas zgrupowania w Spale (mój ostatni wyjazd poza Warszawę w czasie ciąży), bo popłynęły mi wody. Strach, usg i pierwsza diagnoza - drugiej dzidzi nie bije serduszko. Moje też na chwilę przestało bić. Lekarz oglądał, cmokał i nagle - a nie jednak bije, tylko ciężko ją zbadać, bo nie ma zupełnie już wód. To dla dziecka jak wyrok śmierci. Leżałam w tym szpitalu 3 dni, codziennie dzwoniła moja pani dr, wspierała mnie, wypytywała o wyniki badań. Szpital jak ze szpitala na peryferiach - musisz mieć wszystko swoje, nawet sztućce (co nie jest łatwe jak nie jesteś stamtąd, na szczęście przyjaciółka "pożyczyła" mi sztućce z OPO w Spale), papier, 1 łazienka na cały oddział, brak słuchawki od prysznica, po obiad musisz sama podejść nawet jeśli masz nakaz leżenia, MASAKRA.
Powrót do domu i leżenie do czasu amniopunkcji.
15tc amniopunkcja - ale nie udało się pobrać płynu chorej dzidzi, bo jest za dużą i groziłoby to przerwaniem przegrody. Można tylko czekać i robić kolejne usg. Bezwodzie, bezwodzie, bezwodzie - ta diagnoza jest na każdym kolejnym usg.
20tc - mała ciążowa fanaberia z okazji moich urodzin - robimy sobie usg 3d z nagraniem, bo niby jestem pod ciągłą opieką R i mam super dokładne usg, ale nic nawet nie widzę. Duża dzidzia okazuje się dziewczynką - Patka, mała nie wiadomo. Podczas badania Patka co chwila kopie drugą dzidzię, tamta reaguje (potem się okazało, że w ten sposób cały czas ją stymulowała i może dzięki temu dobrze się rozwijała). Druga dzidzia nie ma wód, ale rusza się, wszystkie narządy w porządku.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Zaczynamy!

Decyzja o opisaniu naszych przeżyć dojrzewała we mnie chwilę (dziewczynki mają już ponad 2 miesiące), ale bardzo chciałabym spisać gdzieś nasze doświadczenia z tym totalnym kosmosem jakim jest wychowanie bliźniąt, a wiem, że niedługo nie będziemy niektórych rzeczy pamiętać. Chciałabym kiedyś pokazać tego bloga pchełkom, żeby wiedziały jaką radość nam sprawiły przychodząc na świat, ale też jakie problemy nas trapiły i ile przeszliśmy, żeby były zdrowe i szczęśliwe.
Przedstawiam Wam dziewczynki: 

Patrycja urodzona 1.05.2012 g. 9.35, 1380g, 41cm

Amelka urodzona 1.05.2012 g. 9.36, 1290g, 39cm

Są naszym cudem - wyczekane, wystarane i na pewno bardzo bardzo chciane. O perypetiach związanych z InVitro, dzięki któremu je mamy oraz o mojej pięknej, aczkolwiek bardzo trudnej ciąży, o tym jak Amelki miało nie być, jak zaskoczyła wszystkich lekarzy i dlaczego uważamy, że naprawdę jest cudem napiszę w następnych postach. Chcę też opisać trudy OIOMu noworodkowego, który był pierwszym domem dziewczynek przez pierwsze 7 tygodni ich życia.
Zapraszam do śledzenia!